Kiedy zaczynaliśmy remont naszego domu w Apulii, przygotowałem długą listę zakupów, wbiłem adres do Google Maps i pojechałem ponad 140 kilometrów do Bari. Półtorej godziny jazdy tylko po to, aby na miejscu zamiast marketu budowlanego znaleźć nowe osiedle mieszkaniowe. To właśnie wtedy odkryłem, że Castorama wycofała się z Włoch kilkanaście lat temu. Ale tego samego dnia odkryłem coś znacznie ciekawszego.
Robienie remontu na południu Włoch to zupełnie inna historia niż w Polsce.
U nas? Castorama, Leroy Merlin, OBI czy Bricomarché są praktycznie na wyciągnięcie ręki. Gdy czegoś zabraknie, wsiadasz w samochód i za kilkanaście minut wracasz z zakupami. We Włoszech wygląda to zupełnie inaczej. Duże markety budowlane istnieją, ale jest ich zdecydowanie mniej, a ich oferta często wydaje się zaskakująco skromna. Większość zakupów robi się w małych, lokalnych składach budowlanych. Problem w tym, że bez znajomości języka trudno się w nich odnaleźć, a jeszcze trudniej znaleźć to, czego naprawdę szukasz.
Zauważyłem też coś jeszcze. Mam wrażenie, że Włosi dużo rzadziej remontują swoje domy. Obowiązuje tu zasada: dopóki działa, nie ma co ruszać.
Grzyb na ścianie? Zamiast zastanawiać się nad osuszeniem budynku, częściej kupuje się kolejny preparat przeciw pleśni. Wybór takich środków jest tutaj zresztą imponujący.
A prowizorki? Mam wrażenie, że Włosi opanowali je do perfekcji. Czasami odnoszę wrażenie, że jeśli coś da się naprawić taśmą, silikonem albo kawałkiem drutu, to po co od razu robić generalny remont? Przekonałem się o tym zresztą wielokrotnie.


Po kilku rundach remontowania włoskiego domu wyciągnąłem jeden wniosek. Jeżeli planujecie większy remont na południu Włoch, warto przyjechać z dobrze przygotowanym planem. I chyba przede wszystkim – z własną ekipą i częścią materiałów z Polski. Uchroni Was to przed niepotrzebnym stresem i frustracją.
A może tylko ja miałem takie doświadczenia? Jestem ciekawy, jak wyglądają remonty w innych regionach Włoch?


