Widzieliście kiedyś parawan na włoskiej plaży? Ja nie widziałem. Czy to znaczy, że na włoskich plażach nie wieje? Wieje – często nawet bardziej niż nad Bałtykiem.
Dlaczego zatem Włosi nie odgradzają się od siebie parawanami?
Zauważyłem, że gdy chodzimy się opalać w nasze ulubione miejsce na okolicznych skałkach przy morzu, to bardzo często ktoś się do nas dosiada. Dokoła miejsca więcej niż na bulwarach nad Wisłą… Ludzi jak na lekarstwo, mnóstwo wolnego miejsca, a oni uwielbiają się dosiąść tam, gdzie ktoś już jest. Dosiadają się tak blisko, jakbyśmy przyszli razem.
Na początku mnie to dziwiło i trochę krępowało. Ale koniec końców to jest zawsze miła i kulturalna koegzystencja. Bez hałasu, głośnej muzyki. Po prostu. Połapmy wspólnie trochę słońca.
W pewnym momencie mieliśmy już nawet swoją ulubioną skałkową „sąsiadkę”, która przyjeżdżała codziennie na rowerze i z uśmiechem rozkładała się obok nas (bohaterka odjeżdża na zdjęciu). Gadka się nie kleiła z uwagi na nasz marny włoski. Ale i tak było bardzo sympatycznie. Zdawkowe „dzień dobry”, „jak mija dzień”, „piękna pogoda” i masa uśmiechu.
Tak sobie myślę, że z jednej strony autentycznie jesteśmy do siebie bardzo podobni. I my, i Włosi kochamy długie, rodzinne biesiady przy pysznym jedzeniu. Jednak tam, gdzie zaczyna się nasza kulturowa granica i szukanie własnej przestrzeni, w której czujemy się komfortowo, tam u Włocha jest chęć do jeszcze głębszego dzielenia się czasem z innymi. Oczywiście – trochę uogólniam, ale autentycznie to widać w wielu aspektach codziennego życia. Włoch zawsze znajdzie dla Ciebie czas, zawsze jest ciekawy drugiego człowieka i chętnie dzieli się z Tobą swoim życiem.
Nie oceniam, nie wiem, jak jest lepiej. Tak po prostu jest.
My szukamy przestrzeni, a Włosi szukają ludzi! Myślę, że nasze rodzime parawany są tego najlepszym symbolem.


